sobota, 10 stycznia 2015

Starość

Witam.
Ostatnio dużo się znowu pozmieniało w moim życiu, bowiem nie jestem już taki młody, jak wtedy, gdy zaczynałem prowadzić ten blog. Przekroczenie progu pełnoletności było chyba moim największym wydarzeniem 2014 roku. Zmiana była dość nagła i niektórzy z Was mogą tylko podejrzewać, jak się czułem. Z pewnością nie będzie z tym żadnego problemu, bo każdy z Was musiał w życiu doświadczyć jakiejś gwałtownej przemiany, czegoś, pod wpływem czego Wasze życie nie było takie, jak normalnie. Przypuszczam, że istniały różne okoliczności, dzięki którym poznaliście to uczucie. Mogła to być śmierć kogoś bliskiego, może ktoś Was uraził dotkliwie w jakiś sposób, ewentualnie okazało się, że wasz partner/partnerka stwierdził/-a, że "jesteście tylko niepotrzebnym balastem w życiu oraz nie umiecie jemu/jej w niczym pomóc" i to Was bardzo zmartwiło. To wszystko mam już za sobą, teraz myślę o czymś innym. Owe uczucia trwają zazwyczaj dopóki, dopóty nie uświadomimy sobie, że tak naprawdę życie idzie dalej. Pamiętam, że ostatnio coś podobnego czułem w dniu swoich 18. urodzin.
Była noc z 16 na 17 grudnia 2014 roku. Wieczór mijał mi jak zawsze - siedziałem i pisałem wypracowanie na łacinę. Wszystko się zaczęło, gdy minęła północ. Wtedy koledzy, z którymi mieszkam w pokoju, wstali i zaczęli śpiewać "100 lat". Nie powiem, że nie - to była bardzo miła niespodzianka i myślę, że ta chwila z pewnością na długo pozostanie w mojej pamięci. Chyba przez pierwszą godzinę (czyli zanim poszedłem wreszcie spać) świetnie się czułem z myślą, że nagle wolno mi więcej. Od teraz alkohol, papierosy, możliwość zdania prawa jazdy i inne przyjemności dorosłych ludzi stały dla mnie otworem. Podobało mi się to. W ciągu dnia przeżywałem same miłe niespodzianki. Najpierw koledzy z klasy podrzucili mnie 18 razy, chwilę potem reszta znajomych z klasy złożyła mi życzenia - trudno sobie wyobrazić przyjemniejszy sposób na spędzenie poranka w szkole. Później odwiedziły mnie koleżanki ze szkoły, które przyniosły mi prezent. Jeszcze w trakcie ich wizyty przyszli koledzy z pokoju z naszymi koleżankami. Słowem - same pozytywne niespodzianki. Wszystko zaczęło się zmieniać wieczorem tego samego dnia, przez drobnostkę. Poszedłem wtedy do sklepu, by móc później jakoś uczcić swoją dorosłość (przynajmniej tą wyrażoną liczbą 18). Specjalnie ze sobą zabrałem dowód osobisty tak, żeby móc go od razu pokazać sprzedawczyni i to na tyle cwaniacko, że zrobiłbym to jeszcze przed jej prośbą o okazanie dokumentu potwierdzającego moją pełnoletność. Dumny wybrałem piwo, stanąłem w kolejce i pierwszy zawód, bowiem pani nawet nie poprosiła mnie o mój dowód - trudno się mówi. Wyszedłem ze sklepu, poszedłem do pokoju i wtedy wspólnie z kolegami wypiliśmy w spokoju po piwie. Jednak nie to jest w tym najistotniejsze, że piłem pierwszy raz w życiu alkohol, bo ważniejsze były myśli, które towarzyszyły tej czynności. Czułem, że coraz mniej się cieszę z tego, że wreszcie nadeszła moja długo wyczekiwana dorosłość. Było kilka powodów, dla których z roześmianego licealisty z piwem w ręku nagle stawałem się tym, kim jestem od zawsze - ponurym, zrzędliwym maruderem miewającym okresowe wybuchy radości.
Po pierwsze - poczułem, że wyjątkowość tego dnia już się kończy. Gdy skończy się "impreza", i tak wszystko będzie takie, jak przez 18 lat, bowiem znajomi pozostaną wciąż ci sami, a sam cały czas będę siedział w tym samym pokoju. Wiem, że to jest trochę naiwne, ale przez całe 18 lat czułem, że osiemnastka jest taką magiczną chwilą w życiu człowieka. Zbyt długo jednak myślałem o tym, że ta "magia" odnosi się też do reszty życia po ukończeniu 18. roku życia. Tę naiwność udało mi się zauważyć z chwilą, gdy kończyłem drugie piwo. Miałem mimo wszystko nadzieję, że wydarzy się coś tak nagłego, że zmieni mnie w innego, dorosłego człowieka. Głupie było to moje myślenie, nieprawdaż? Tym bardziej, że nic "magicznego" właściwie się nie stało (poza wzrostem ilości alkoholu w moim organizmie).
Po drugie - zdałem sobie tylko sprawę z tego, że, jak to się często mawia, "czas nieubłaganie gna do przodu" (nie lubię tego sformułowania). Co z tego, że dzisiaj macie 18 lat? Jutro możecie mieć już 22, a co ciekawe, nawet nie zauważycie, kiedy to się stanie i nie trzeba nawet daleko szukać przykładu, że tak jest. Wypada mi wspomnieć w tym momencie, że mam siostrę, która jest na studiach i ma już 23 lata. Co ciekawe sam jeszcze pamiętam, jak szukała kierunku studiów i dopiero składała papiery na uczelnię. Od tamtego momentu minęło prawie 5 lat, a te chwile wciąż wydają mi się bliskie i postrzegam je jako coś, co wydarzyło się wczoraj. Myślę, że taki sposób postrzegania czasu nie jest obcy nie tylko mi. Nawet tato podczas ostatniej rozmowy ze swoim kolegą ze studiów (znają się od drugiej połowy lat 80.) stwierdzili, że chodzenie na uczelnię mimo że jest już nieco odległe w latach, to jednak wciąż wydaje im się ono dość bliskie.
I wreszcie po trzecie - uświadomiłem sobie, że w życiu po ukończeniu 18. roku życia liczy się coś więcej, niż tylko picie alkoholu. Trochę śmiesznie może brzmieć, że stwierdziłem to tuż po osiemnastce, prawda? Jednak tak było naprawdę - czułem zwyczajne uczucie pustki. Było to na tyle natarczywe uczucie, że zamiast: "Hurra, wreszcie pełnoletni!" było: "Kurde, już pełnoletni". I nie chcę tutaj wyjść na hipokrytę, bo wiem, że wspomniałem o tym, jak bardzo czekałem na to, żeby wreszcie stać się dorosły liczbą. Po prostu fakt dorosłości to przede wszystkim oznaka dojrzałości (rymy w ciul). Trzeba zaakceptować to, że po osiemnastce nie żyje się po to, by pić, tylko po to, by być i żyć. Będą studia, praca, miłość, być może ktoś z Was założy rodzinę albo wymyśli lekarstwo na AIDS i aż sam zaczynam wierzyć, że to moje życie się nie skończyło, tylko dopiero się zaczyna, jednak z czasem się skończy.
Po osiemnastce i tak nic się nie stanie może poza tym, że pojawi się świadomość, iż jesteście już o 18 lat bliżej do śmierci, drodzy Państwo.

niedziela, 7 grudnia 2014

Soobarorecka: Motorola Moto G 2

Na początek chciałbym przeprosić za opieszałość. Minęło więcej niż pół roku od czasu mojego ostatniego posta i zdążyłem nawet zapomnieć o blogu. No nieźle, przywitałem się i wyszedłem, ale już wracam. Wszystko się powoli zmienia. Wracam na bloga, bo dużo się zmieniło.
To widać już chociażby po tytule posta. Sprzedałem swojego starego i nieco zmęczonego współpracą ze mną Sonego Ericssona Live with Walkmana. Był to bardzo dobry telefon, ale pod koniec użytkowania zaczął płatać mi figle - wyjście jack doprowadzało mnie do szewskiej pasji, a klapka już tak trzeszczała, że ojej. Ponadto był sfatygowany z zewnątrz - poobijana obudowa z odpryskującym lakierem nie wróżyła długiej współpracy. Potrzebowałem wreszcie czegoś nowego, co mnie zaskoczy szybkością działania, posiadanymi funkcjami, a poza tym nie naruszy w jakiś straszny sposób mojego portfela.
Przejrzałem wiele ofert telefonów do 800 złotych i tak trafiłem na Motorolę Moto G 2 za... 799 złotych. Gdy tylko zobaczyłem ten telefon, zainteresowałem się nim. Miał wszystko, czego mi trzeba było - wystarczająco duży ekran (5 cali), niezły jakościowo aparat (8 megapikseli z tyłu i 2 z przodu) i długo oczekiwany przez obserwatorów nowych modeli Motoroli slot na karty pamięci. Długo się nie zastanawiałem i zamówiłem ten telefon. Następnego dnia wreszcie dostałem go w swoje ręce!
Zawartość pudełka - kolokwialnie mówiąc, dupy nie urywa. Jest telefon, kabel USB i kilka papierków. Dziękuję, to wszystko. Okazuje się, że tak jest dlatego, iż europejscy klienci Moto G nie dostają w swoim pudełku niczego więcej poza wymienionymi przedmiotami. Co innego natomiast w USA - tam dostaje się ponadto słuchawki i kostkę do podłączenia telefonu do gniazda sieciowego. Cóż, tniemy koszty.
Tego jednak nie można powiedzieć o samym telefonie. Trzyma się pewnie w ręce pomimo swoich dużych rozmiarów. Dodatkowo użytkownik odczuje komfort z powodu miękkiej, gumowanej klapki z tyłu. Ma ona pośrodku małe wgłębienie z logo Motoroli, w które idealnie wpasowuje się mój palec wskazujący. Ciekawe, czy to celowy zabieg. Pod klapką jest bateria, której nie da się wymienić, slot na karty pamięci microSD i dwa wejścia na karty microSIM (dotyczy wersji XT1068 - inna ma jedno wejście, za to obsługuje standard LTE). U góry dostrzeżemy wyjście jack 3,5 mm, a u dołu złącze microUSB. Z tyłu nie znajdziemy niczego poza obiektywem aparatu, diodą LED do doświetlania zdjęć i rzeczonym wgłębieniem. Nie ma nawet głośników! Dlaczego? Bo są one z przodu, no przecież. Jeden znajduje się nad ekranem, a drugi analogicznie pod nim. Z przodu mamy także drugą kamerkę o rozdzielczości 2 megapikseli do słitek czy tam wideorozmów - jak kto woli.
Wreszcie można włączyć telefon. Cieszy oko ładna animacja wczytywania systemu, a powala z kolei szybkość tego procesu - pierwsza konfiguracja poprzedzająca uruchomienie Androida zajmuje mniej niż minutę. Być może jest to sprawka zastosowanego w telefonie układu opartego na czterordzeniowym procesorze Snapdragon 400 i karcie graficznej Adreno 305, a może jest to kwestia niemalże czyściutkiego Androida 4.4.4 KitKat, na którym działa Moto G (swoją drogą - Motorola obiecała już aktualizację do wersji 5, czyli Lollipopa - czekam z niecierpliwością). Razi mnie trochę ilość aplikacji Google na telefonie, ale najważniejsze, że klient nie jest zamęczany masą tzw. crapware'u, czyli "śmieciowego oprogramowania", tłumacząc dosłownie.
Zachwyciła mnie płynność działania systemu na tym telefonie. Zero przycięć, aplikacje wczytują się błyskawicznie i zawsze można liczyć na sporą rezerwę pozostałej pamięci RAM. Dobre oprogramowanie to również dobre zarządzanie energią - bateria mimo dużego ekranu i stosunkowo niewielkiej pojemności (2070 mAh) wystarcza na ponad dzień słuchania muzyki, czatowania w internecie i rozmów telefonicznych. Aparat robi dobre jakościowo zdjęcia, odwzorowuje naturalną kolorystykę środowiska, ale ma mały problem z ostrością umieszczonych dalej przedmiotów. Nagrania wideo wykonane tym telefonem są super. Dzięki dwóm mikrofonom dźwięk zapisuje się w dwóch kanałach, a w konsekwencji wszystkiego słucha się z przyjemnością. Gdy się zamknie oczy, można nawet dać się nabrać, że faktycznie np. jedziesz autobusem (mój pierwszy nagrany filmik pochodził z Solarisa Urbino 18 #896 z KPKMu Białystok, szczególnie dobrze znanego mieszkańcom GOPu i Krakowa - dzięki temu filmikowi niektórzy czuli się, jakby faktycznie jechali tym złomem, a nawet czuli jego wibrujące siedzenia). Rozmówcę słyszę bardzo dobrze, a on słyszy mnie równie świetnie (może nawet lepiej). Głośniki grają nieźle, ale denerwuje mnie jeden patent zastosowany przy okazji zamontowania ich z przodu. Motorola zdecydowała, że dla bezpieczeństwa użytkowników aktywuje i wymusza funkcję "narastający dźwięk dzwonka", aby żaden z klientów nie dostał ataku serca czy, co gorsza, głuchoty.
Poza malutkimi mankamentami, które nie irytują jakoś bardzo mocno, jest to telefon idealny. W cenie do 800 złotych próżno szukać czegoś lepszego. Po prostu trzeba to mieć. Soobar aprobuje.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Powitać

Dobry wieczór państwu!

Nazywam się Max i zamierzam pisać tutaj głównie o swoich zainteresowaniach. Swój drugi dom odnajdą tu z pewnością fani motoryzacji, informatyki, słuchacze muzyki wszelakiej, a nawet miłośnicy komunikacji miejskiej (tak, to prawda). Witam zatem na moim blogu, życzę wszystkim miłego czytania i zapraszam do komentowania.

Póki co przedstawiam zapowiedź przyszłego postu. Tak, to Setra:


Z reguły każdy pierwszy post na blogu to powitanie. Tak też jest i tym razem.